wtorek, 24 listopada 2015

XxX


Kolejny ranek, rozpoczynający kolejny nudny dzień. Wstaję jak co rano i idę do łazienki. Spoglądam w lustro i widzę zwykłą nastolatkę o intensywnie błękitnych oczach i długich, potarganych blond włosach. Myję twarz w lodowatej wodzie i przecieram ręcznikiem. Patrzę prosto w swoje podkrążone oczy. Znowu miałam koszmary. Pewnie krzyczałam przez pół nocy, ale sąsiedzi są już do tego przyzwyczajeni. A rodzice... Cóż mama musi się opiekować moją młodszą siostrą. Jest bardzo zapracowana, więc zmęczona pewnie nawet się nie obudziła. A ojciec... Nie mam ojca. W sumie to prawdziwej mamy też nie.
 Zostałam zaadoptowana zaraz po urodzeniu. Przejęłam nazwisko po mojej drugiej mamie, która mnie pokochała i wychowała. Moje nazwisko to Swan. Tak, jestem Lilly Swan, choć pod żadnym względem nie przypominam łabędzia. Tak, to ja jestem tą szkolną niezdarą. Ciągle tylko się potykam o swoje nogi i zanim się obejrzę ląduję w szpitalu. W trzeciej klasie po upadku na wf-ie stwierdzono u mnie nawet wstrząs mózgu, ale jakoś z tego wyszłam. Szczerze mówiąc mam już tego fajtłapstwa serdecznie dosyć.
 Tym oto stwierdzeniem kończę użalanie się nad sobą i podchodzę do szafy. Nie ma tam zbyt wiele ubrań. Nie kręci mnie chodzenie po galeriach i przymierzanie ciuchów. Te, które już mam, są w kolorach czarnych i białych. Tak więc zakładam na siebie czarne legginsy, białą podkoszulkę, a na to czarny top i wygodne buty do biegania. Teraz zabieram się za włosy. Rozczesuję je i próbuje jakoś spiąć, ale po kilku próbach rezygnuję.
Idę do kuchni i robię sobie śniadanie. Alice siedzi przy stole.
- Mama już poszła do pracy. - wyjaśnia - ja dopiero co zjadłam śniadanie.
- Dobrze, to szykuj się do szkoły. Ja muszę jeszcze zadzwonić w kilka miejsc i znaleźć wreszcie jakąś dorywczą pracę.
- Chętnie ci pomogę.
-Nie trzeba. Świetnie sobie radze.
- Lilly, ja już nie jestem małą dziewczynką. Mam trzynaście lat i widzę jaka jest nasza sytuacja. Wiem, że mamy mało pieniędzy. Dlatego mama tyle pracuje, a ty jej we wszystkim pomagasz. I tak bez pilnowania mnie macie zdecydowanie za dużo na głowie. Nie martw się o mnie. Mogę zrobić dzisiaj obiad i poszukam różnych ogłoszeń w internecie. Może coś i dla mnie się znajdzie. A ty obowiązkowo musisz się rozerwać. Pracujesz więcej od mamy. Młodsza siostra rozkazuje ci umówić się z koleżankami albo jakimś chłopakiem.
- Wow, Alice. Ale przemówienie. Ile nad nim pracowałaś? – zażartowałam
- Lilly, to poważna sprawa. Naprawdę musisz trochę odpocząć.
- Dobra, zobaczymy. - z udawanym uśmiechem wyszłam z kuchni i ubrałam kurtkę. Jak na kwiecień było jeszcze dosyć chłodno.
Wyszłam na dwór. Podmuch wiatru rozwiał mi włosy. Przeszłam przez pasy i skierowałam się w stronę tej nieszczęsnej szkoły. Ktoś z tyłu zatrąbił i obejrzałam się za źródłem hałasu. To był wielki błąd. Po chwili wylądowałam tyłkiem na ziemi. Znowu wpadłam na kogoś. Poczułam zapach całkiem niezłych, męskich perfum.
- Przepraszam - mruknęłam cicho i zaczęłam się podnosić.
- Zaczekaj to ja przepraszam. Pomogę ci. - spojrzałam w górę i zaraz tego pożałowałam.
Nade mną stał chłopak o brązowych oczach, ciemno-miodowych włosach i bardzo miłej twarzy. Wyciągał do mnie rękę. Od razu spuściłam wzrok. Zarumieniłam się. Wstałam i otrzepałam się z kurzu. Poczułam coś ciepłego na przegubie prawej ręki. Cholera. Musiałam skaleczyć się o jakiś kamień i teraz szkarłatne krople krwi skapywały ciurkiem a ziemię.
            - Ojej, nic ci nie jest?
- Nie, wszystko w porządku. Muszę już iść.
- Poczekaj, chcesz się wykrwawić na śmierć? Nie chcę mieć na sumieniu dziewczyny. Zwłaszcza takiej ładnej jak ty. –wyjął z kieszeni chusteczkę i obwiązał dookoła mojego nadgarstka.
- Dzięki za pomoc, ale muszę lecieć.
- Poczekaj. Idziesz do O’ Dea High School? - spytał
- Tak- odpowiedziałam z zaskoczeniem
- Może, jeśli byś chciała, pójdziemy tam razem? - zmieszał się.
- Tak... Jasne - pomyślałam, że warto poznać kogoś nowego i, jak to ujęła Alice, rozerwać się trochę, wyrwać z tej nudnej rzeczywistości.
Powoli ruszyliśmy w stronę znienawidzonej szkoły pełnej przeszkód, dla takiej niezdary jak ja, w postaci tłumu, ławek i koszów na śmieci. Szliśmy w niezręcznej ciszy. Po chwili mój towarzysz odezwał się.
 - Wiesz co…? Chyba musisz się przewrócić jeszcze raz... - zrobiłam zdziwioną minę - Zapomniałem ci się przedstawić - wyjaśnił. - Jestem Eric. Eric Able. A ty?
- Lilly Swan...
- Pasuje do ciebie. - wypalił. - Jesteś piękna...
-Dziękuję. - zarumieniłam się - Pewnie słyszałaś to już tysiące razy...
-Nie. - zatrzymałam się - gdybyś mnie znał, nigdy byś tak nie powiedział.
- A to dlaczego? - udał oburzenie
- Pięć minut temu widziałeś właśnie jeden z przykładów mojej niezdarności. Jestem chodzącą katastrofą.
- Każdemu się mogło zdarzyć. - odparował - A poza tym idziemy już dosyć długo i nawet się nie potknęłaś.
 - Idziemy po prostej powierzchni i dość wolno. - nie wiadomo po co broniłam swoich przekonań jak lwica.
- O matko! - Spojrzałam na zegarek - za trzy minuty zaczynają się lekcje. Co masz teraz?
- Angielski. A ty?
- Też.
- Biegniemy.
- Co? Ale ja nie dam rady. Tylko sobie zrobię krzywdę.
- Nie pozwolę ci. Złap mnie za rękę. - ruszył biegiem pociągając mnie za sobą. Po dwustu metrach zatrzymał się. W tym czasie zdążyłam zaliczyć kilka potknięć.
- Masz rację. Tak się nie da. - już miałam powiedzieć ,, a nie mówiłam,, ale podszedł bliżej i wziął mnie na ręce.
- Hej! Co ty robisz?
- Chcesz się spóźnić na angielski? To będzie moja pierwsza lekcja w tej szkole. Z tobą na rękach dobiegnę szybciej, niż z tobą na ziemi. – zażartował, a ja parsknęłam śmiechem.
            Byłam w niego tak wpatrzona, że nawet nie zauważyłam, kiedy przekroczyliśmy próg szkoły. Jego oczy błyszczały jak dwa, wielkie bursztyny. Kryło się w nich ciepło i, może to tylko moja wyobraznia, ale gdy patrzał na mnie widziałam w nich takie dziwne… iskierki? Tak, iskierki to chyba dobre określenie.
Postawił mnie na ziemi i razem, bez potykania, pobiegliśmy przez korytarz. Wpadliśmy równocześnie do klasy. Wszyscy w pomieszczeniu zamarli i wpatrywali się w nas z niemym zdumieniem.
- Przepraszamy za spóźnienie – odezwał się Eric – To moja wina. Zagadałem Lilly i jakoś tak wyszło.  Nazywam się Eric Able. Jestem tu nowy.
- Z racji tego, że jesteś tu po raz pierwszy, daruję wam spóźnienie. – profesor Patil spoglądał na nas znacząco – Usiądźcie w tylnej ławce. – pospiesznie wykonaliśmy polecenie nauczyciela. Po sali przebiegły podekscytowane szepty. Hannah Bedbug, przewodnicząca Samorządu, rzuciła mi miażdżące spojrzenie.
            Oczywiście nie pomyślałam o niej. Hannah Bedbug. Szkolna gwiazda, zwyciężczyni tysiąca konkursów, przywódczyni szkolnej bandy wyczynowców, licealna miss piękności skłonna do poniżenia nawet głazu, stojącego przed wejściem do jej wspaniałego, drogiego domu. Cóż mogę począć? Przecież to ja zawsze będę tą biedną niezdarą ukrywającą się na przerwach w miejscu, którego nikt nie znajdzie. Tak. Dach szkoły to jedyne miejsce, gdzie nikt mnie nie widzi. Nikt nie ma tam wstępu.
 Teoretycznie nawet ja nie mogę tam wchodzić, ale pewnego dnia, na początku tego roku szkolnego sprzątaczka zgubiła stary, zardzewiały klucz, który aż krzyczał, by sprawdzić do czego pasuje i tak się jakoś złożyło, że od października nikt oprócz mnie go nie używał. Pomyślałam, że aby uniknąć konfrontacji ze wściekłą miss idealną, udam się tam od razu, gdy zadzwoni dzwonek na przerwę.
            Byłam spakowana minutę przed czasem. Gdy rozległ się dźwięk oznaczający przerwę rzuciłam się do drzwi. Kątem oka zauważyłam jeszcze jak Hannah podchodzi do Erica i prawdopodobnie prawi mu jakieś słodkie komplementy.
            Dwie minuty później już spoglądałam na zabiegane Seattle. W dali było widać mewy nad jedną z zatok Puget Sound. Od wielu dni nie mogłam spokojnie odetchnąć. Miło jest czasem poczuć ulgę. Moja siostra miała rację. Muszę się wyluzować i odpocząć. To wszystko mnie przytłacza.
            - Przepraszam, nie wiedziałem, że zajęte. – w moich uszach zabrzmiał znajomy głos. Ja chyba naprawdę postradałam zmysły. Przecież on wyjechał. Miał wrócić dopiero w…
- Kwietniu! – ostatnie słowo wypowiedziałam na głos. Obróciłam się błyskawicznie. Zamarłam. Stał tam. Żywy i prawdziwy. Taki, jakim go zapamiętałam. Włosy podniesione na żel, kolczyk w uchu, czarna bandanka na ręce i ten porażający uśmiech. Gdyby nie był moim najlepszym przyjacielem na pewno robiłabym do niego maślane oczy, ale w tym przypadku to nie wchodzi w grę. Wreszcie się ocknęłam i zerwałam na nogi.
-Thomas! Wróciłeś! O matko! Zapomniałam na śmierć.
- Nie ma sprawy. Można się do tego przyzwyczaić. – mruknął pod nosem – Mam dla ciebie ważną wiadomość. Niejaki nowy obiekt westchnień w naszej szkole cię szuka. Widzę, że coś tu się kroi. Chodź. Pójdziemy do stołówki i wszystko mi opowiesz.
            - Więc jak to było? Opowiesz mi?
- Jasne – nareszcie mogłam komuś zaufać i o wszystkim opowiedzieć. Zaczęłam od tego, że bez mojego najlepszego przyjaciela, drugiego obiektu pożądania, ledwo sobie radziłam. Potem opowiedziałam o pogarszającej się  mojej sytuacji finansowej. W końcu o powiedziałam o dzisiejszym poranku. Po długiej historii zapadło jeszcze dłuższe milczenie.
- A więc ktoś się dostawia do mojej najlepszej przyjaciółki? Niech ja tylko znajdę tego pięknisia…
- Nie wygłupiaj się. Ja.. Ja go chyba kocham.. – wyznałam - Tylko mu nie mów…
- On na pewno wie i się cieszy.
- Czemu tak sądzisz?
- Bo stoi za tobą i się szeroko uśmiecha.
***
Odwróciłam się jak na komendę.
- O matko, Eric, ale mi głupio. Wybacz. Nie chciałam żebyś to usłyszał. - spanikowałam.
- Nic nie szkodzi. Thomas, tak? Może mógłbyś nas zostawić samych?
- Ach, tak. Oczywiście. Tylko pamiętaj, trzymaj łapy przy sobie, z daleka od mojej Lilly. - próbował zachować powagę, ale gdy tylko na mnie spojrzał na jego twarzy wykwitł rozbrajający uśmiech. Nie potrafiłam się na niego gniewać. Nigdy. Ale on nie ruszał się z miejsca.
- Ekhm...  - rzuciłam mu karcące spojrzenie.
- Dobra, spoko już sobie idę. Rozumiem. Już spadam  - podszedł do stolika na przeciwko i opadł na krzesło. Nadal nam się uważnie przyglądał.
- Co do tych słów... Ja... Ja nie... Nie mogę. Tak się nie da. Czy on musi się tak na nas gapić? – zirytowałam się.
- Masz rację. Idziemy stąd. Tu jest za dużo ludzi.
Wyszliśmy ze stołówki i skierowaliśmy się do wyjścia. Jak na złość przed szkołą siedział nie kto inny jak Hannah Bedburg ze swoją liczną obstawą. Wszyscy przechodnie omijali ich szerokim łukiem. W sumie to im się nie dziwię. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać po tej dziewczynie.
- Hej, Eric! Chodź do nas!
- Chodźmy na chwilę. Zobaczymy o co chodzi. - podeszliśmy do nich. Do osób, które przez ponad pół roku mnie gnębiły i oczerniały. Do moich największych nieoficjalnych wrogów. Hannah spojrzała na mnie z odrazą.
- A ty co tu robisz?
- Idziemy z Lilly do mnie do domu. - jakby na potwierdzenie tych słów złapał mnie za rękę. Bedburg rzuciła mi miażdżące spojrzenie.
- O jaka szkoda. Idziemy dzisiaj na lody. Umówicie się kiedy indziej.
- Sorry,  ale i tak wracam do domu. Muszę pomóc w rozpakowaniu mebli. Mamy dużo do roboty.
- No cóż. Trudno, słodziaku. - wzdrygnęłam się.
Pewnie to wyczuł, bo powiedział:
- Trochę się spieszymy. Coś jeszcze? - Nie odpowiedziała. Eric odwrócił się na pięcie i pociągnął mnie za sobą.
Oczywiście to nie mógł być koniec. Niespodziewanie Hannah wstała z ławki i przeszła obok mnie. Szybkim ruchem podcięła mi nogi, a ja runęłam jak długa pociągając za sobą Erica. Uderzyłam plecami o ziemię. Eric zdążył jeszcze wsunąć rękę pod moją głowę chroniąc mnie przed wizytą w szpitalu. Nagle jego twarz znalazła się zbyt blisko mojej. Nie mogłam oderwać wzroku od tych intensywnie czekoladowych oczu. Wszystko wokół nas zamarło. Liczył się tylko on. Czułam jego ciepły oddech na skórze. Jego usta zbliżyły się do moich. Po chwili nie mogłam się skupić na niczym innym. Byliśmy tylko my. Lilly Swan i Eric Able. Nic nie miało prawa przeszkodzić nam w tej cudownej chwili. Dookoła rozległy się brawa i wiwaty. Zamknęłam oczy. Całował delikatnie, ale namiętnie. Po dłuższej chwili oderwał usta od moich. Spojrzał na mnie i wyszeptał kilka dziwnych słów:
Mera sundara. Maim tumhem kabhi nahim chorunga.
Dookoła nadal rozbrzmiewały brawa. Pomógł mi wstać i otrzepać się z kurzu. Mocno mnie przytulił. W jego objęciach czułam się tak bezpiecznie. Nigdy nie było tak dobrze jak teraz. W końcu się odsunął, ale nadal trzymał mnie za rękę. Rozejrzałam się. W tłumie dostrzegłam Thomasa. Uśmiechnęłam się do niego promiennie, ale on tylko się odwrócił i wybiegł przez szkolną bramę. Nie miałam szans go dogonić. Musiałabym się najpierw przycisnąć przez tłum, a potem pobiec za nim sprintem. Dałam sobie spokój. Postanowiłam pogadać z nim jutro. Teraz zamierzałam upajać się tą chwilą szczęścia.
- Chodź. Chyba, że chcesz zostać tu przez cały dzień. - szepnął Eric i razem podążyliśmy w stronę Madison Street.
***
- O matko! To twój dom? – stanęliśmy przed jakimś nowo wybudowanym mini-pałacem.
- Tak. A co?
- Jest przepiękny. – Nawet nie wyobrażałam sobie, że dom może być taki piękny. Poczułam się jakbym była w jakieś bajce. Dom był ogromny i nowoczesny. Miał dwa piętra,  był pomalowany na brzoskwiniowo. Białe gzymsy, kolumny przed wejściem i wysoki, wielospadowy dach sprawiały, że przypominał niewielki, nowoczesny pałac, a wielkie szklane okna dodawały mu nietypowego uroku.
- Ty tu mieszkasz?
- A kto inny?
- Ile ja bym dała, żeby mieć chociaż jedną czwartą takiego domu... -ale mogłam sobie tylko pomarzyć.
- Nie przesadzaj wcale nie jest taki duży...
- Nie jest duży? W sumie to nie wiem. W końcu ja jestem biedna, a ty bogaty.
- Zawsze mogę ci pomóc... - zaoferował się.
- Nie! Nie pozwolę, by inni ludzie o mnie dbali. Nie będę żebrać. - zaczęłam chodzić w tę i z powrotem - Jeśli moja mama nie da rady rzucę szkołę i zacznę pracować na pełny etat.
- Lilly. Nie możesz rzucić szkoły.
- A to dlaczego? To czego potrzebuję do życia już się nauczyłam. Po co miałabym tkwić w tej szkole?...
- Dla mnie.
- Co? - zatrzymałam się w połowie kroku.
- Dla mnie. - powtórzył. - Gdybyś rzuciła szkołę nie widywałbym cię tak często jakbym chciał... – westchnęłam.
- Moglibyśmy skończyć ten temat? – nie chciałam dłużej myśleć o tym co nas dzieli.- W taki piękny dzień nie powinniśmy rozmawiać o tych sprawach. - chciałam zapomnieć o tym wszystkim. O tym, że jestem biedna, że on taki bogaty. O tym, że zawsze będę ta gorsza.
- To co. Idziemy czy będziemy tak stać na ulicy i wgapiać się w mój dom? - Eric wyrwał mnie z zamyślenia.
- Och no tak. Chodźmy. - Już kilka osób spoglądało na nas z zaciekawieniem.
- A ja myślałam że na twój dom jest ładny z zewnątrz.
- Nie przesadzaj. Nie jest taki zły. - zażartował
- Wiem z zewnątrz jest piękny, ale tu w środku...  O matko. Nie wiedziałam że dom może być taki genialny. - z przedsionka wchodziło się do przedpokoju z dwoma czarnymi, skórzanymi kanapami i wielkim telewizorem plazmowym.
- Ale oprócz kartonów to prawie nic tu nie ma. Umeblowaliśmy dopiero mój pokój salon oczywiście kuchnię i łazienki.
- Nie szkodzi i tak jest ładnie. Oprowadzisz mnie?
- Jasne. Chodźmy. Zaczniemy od góry. - Dopiero teraz zauważyłam czarne, lakierowane schody bez poręczy. Wystraszyłam się że spadnę a on chyba zrozumiał.
- Nie bój się. Nie spadniesz. - Nie byłam tego taka pewna. Stopnie były wąskie na pół metra , a wysokie na czterdzieści centymetrów . Powoli zaczęłam wchodzić do góry. Jeden stopień, drugi, czwarty, siódmy, jedenasty. Spojrzałam w dół. Zachwalam się i gdyby nie Eric na pewno leżałabym na ziemi.
- Ktoś tu musi się nauczyć pewności siebie. - Szepnął - jak chcesz to mogę ci pomóc...
- Zobaczymy. Ok. Wejdę do góry i możemy zwiedzać. - I tak oto stopień po stopniu wchodziłam coraz wyżej. W końcu stanęłam na względnie bezpiecznej podłodze, a Eric za mną. 
- I co? Nie było tak źle. Prawda?
- Tylko dla tego że mnie przytrzymałeś.
- Nie przesadzaj. Jesteś zbyt skromna żeby się przyznać że dobrze się spisałaś. Nie doceniasz siebie, a przez to ten brak pewności. Musisz poznać swoją wartość, a jest ona naprawdę wysoka.
- Przesadzasz. Nieważne co mi powiesz nie pomoże mi w utrzymaniu równowagi.
- Zobaczysz, że z moją pomocą będziesz mogła zostać nawet siatkarką. Najpierw zdobędziesz pewność siebie, a potem potrenujesz. Jesteś bystra i na pewno szybko załapiesz , że jesteś świetna.
- Ale...
- Nie. Żadnego ale. Mam starszą siostrę. Na pewno się polubcie. Ona ci pokaże jak robić wrażenie na innych, a ja pomogę we pozostałych sprawach.
Nadal nie byłam pewna, ale wydawało mi się że to dobry pomysł. W końcu umiałabym się bronić przed Hannah i jej świtą. Mogłabym mieć lepsze oceny z wf-u i kilku innych przedmiotów. Miałabym świadomość że coś umiem. Po raz pierwszy od tylu lat byłabym kimś więcej. Ale z drugiej strony czego ja oczekuję? Przez dziesięć lat byłam tą głupią niezdarą i nagle miałabym się zmienić? Chyba w snach. Ale co mi tam spróbuję. Byle tylko być bliżej Niego. Może dzięki tym lekcją będę umiała więcej zarobić na mamę i siostrę?
- W sumie to nie mam nic do stracenia. Zgoda.
Tak mijały dzień za dniem. Poznałam siostrę Erica i bardzo polubiłam. Co do niego to byliśmy prawie nierozłączni. Po szkole chodziliśmy do mojej ulubionej lodziarni. W pewną sobotę wstaliśmy bardzo wcześnie i poszliśmy na plażę oglądać wschód słońca. Był jeszcze piękniejszy niż jakikolwiek zachód jaki widziałam na żywo czy na zdjęciu. Trzymaliśmy się za ręce. Czułam jakąś specjalną więź między nami, która z każdym dniem narastała i robiła się coraz silniejsza.
Któregoś deszczowego dnia kiedy razem z Erikiem siedzieliśmy w szkolnej stołówce poczułam irytujące swędzenie na karku. Odwróciłam się i napotkałam natarczywe spojrzenie Thomasa pełne wyrzutu i tęsknoty. Spuściłam wzrok. Kiedy odwróciłam się po raz drugi Thomasa już nie było. Próbowałam go potem odnaleźć i zapytać o co mu chodzi, ale jego nigdzie nie mogłam go znaleźć. Najwyraźniej mnie unikał. Weszłam na dach szkoły i usiadłam na skraju. Moje nogi zwisały swobodnie dwadzieścia metrów nad ziemią ale nie zwróciłam na to uwagi. Myślałam tylko o tym jaką jestem egoistką. Zastanawiałam się jak mogłam dopuścić do tego ze Thomas mnie unika. Traciłam go z dnia na dzień coraz bardziej. Poczułam jak wyrzuty sumienia palą mnie od środka. Złapałam się za serce. Spadałam w nicość. Zewsząd zapadła nieprzenikniona ciemność.
- Przeszkadzam? - nareszcie jest. Usiadł obok mnie. Zapadła niezręczna cisza.
- Co ty sobie myślisz? Szukam cię cały dzień.
- Wiem.
- Masz pojęcie jak ja się martwiłam? - Nie odpowiedział - I co, nic mi nie powiesz?
- Uspokój się. To raczej ja powinienem być wkurzony. Przynajmniej nie całowałem się z jakimś chłopakiem, którego prawie nie znam. - więc o to chodzi.
- Czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny?
- W sumie to chyba jestem. Tak. Jestem bardzo zazdrosny. I wiesz, kiedy wyjechałem uświadomiłem sobie, że się zakochałem. Chciałem wrócić jak najszybciej i ją zobaczyć. Kiedy w końcu wróciłem zobaczyłem jego. Podszedł do mnie i spytał czy widziałem gdzieś Lilly. Wiedziałem że coś jest nie tak. Spotkałaś go w tym samym dniu, w którym miałem przyjechać. Mogłem wrócić dzień wcześniej, ale wolałem zostać na imprezie pożegnalnej. Gdybym tylko wiedział, wróciłbym wcześniej. O wiele wcześniej, a ja głupi tam siedziałem i myślałem tylko o sobie. Zostawiłem cię i myślałem, że nikt cię nie dotknie, a przecież wiedziałem, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.
- Nie rozumiem… - zmieszałam się. Miałam złe przeczucia.
- Lilly, jak to nie rozumiesz? Ja cię kocham. Tu nie ma nic do zrozumienia.
            Nie mogłam w to uwierzyć. Thomas, mój najlepszy, jedyny przyjaciel jest we mnie zakochany. Miałam problem. Ja też go kochałam, ale nie byłam w nim zakochana tak, jak w Eriku. Gdzieś w mojej podświadomości zapaliło się czerwone światełko. No i co ja mam teraz zrobić? Jeśli mu powiem, że nic do niego nie czuję, złamie mu serce. Ale ja go przecież kocham, tylko trochę inny sposób niż on by chciał. Gdybym nie spotkała Erika, albo gdyby Thomas wyznał co czuje pół roku temu, wszystko potoczyłoby się inaczej. Miałam mętlik w głowie.
- Thomas, ja… - wykrztusiłam – ja nie wiem, co powiedzieć…
- Nic nie mów. Rozumiem. Wolisz jego ode mnie. Nie ma sprawy. To moja wina.
- Nie to nie prawda! Po prostu zaskoczyłeś mnie… Jak długo?
- Zawsze… - popatrzył na mnie smutno i odszedł.
            Nie mogłam wykrztusić słowa. Chciałam, żeby zaczekał, ale byłam jak sparaliżowana. Stałam tak, patrząc na niego, jak odchodził. Chciałam za nim pobiec. Chciałam, żeby się odwrócił i powiedział, że to wszystko to tylko jeden wielki żart.
            Ale to niestety była prawda. Okropna prawda, która paliła mnie od środka i kruszyła serce na drobne kawałki. Jakaś cześć mnie właśnie w tej chwili umierała. Zdałam sobie sprawę, że już nic nie będzie takie samo. Dlaczego moje życie musi być takie skomplikowane?
            Zaczęłam chłodno kalkulować. Rodzice mnie nie kochają, nawet ich nie znam, nie wiem czy wogóle żyją. Jestem zakochana w chłopaku, którego pożąda każda dziewczyna w mojej szkole, nie wiem czy to sen, ale jeśli tak, to pewnie niedługo zamieni się w koszmar. Nie jestem jego warta. Taka biedna, debilowata niezdara nie dorówna żadnemu bogatemu ciachu. I w końcu najgorsze, właśnie tracę najlepszego przyjaciela, który, jak się okazuje, jest zakochany we mnie po uszy od bardzo dawna.
            Dobra. Koniec z użalaniem się. Od dzisiaj biorę się za siebie.
            Robię jeden głęboki oddech, otwieram oczy i wstaję. Nareszcie zaczynam wierzyć w siebie. Od dzisiaj Lilly będzie lepszą osobą. Może właśnie takiej motywacji mi brakowało?
            - Dzisiaj chyba odpuszczę sobie lekcje – stwierdzam – Idę do domu.
***
- Hej, już jestem! – otworzyłam drzwi i krzyknęłam.
- O, cześć córeczko. Tak wcześnie? – mama uśmiechnęła się promiennie i przytuliła mnie. Pomimo tego, że dużo pracowała, zawsze znajdowała trochę czasu dla mnie. – Mam coś dla ciebie, kochanie.
            Kazała mi zamknąć oczy i zaprowadziła do salonu. Otworzyłam oczy. Na stole leżała gruba książka zatytułowana ,,Historia i Tajemnice Indii”, oraz dwa plakaty: jeden z krajobrazami tego kraju, a drugi z pięknym, białym tygrysem, o błękitnych oczach, leżącym na tle wielkiej dżungli.
- Mamo… O jeju, nie wiem co powiedzieć… Dziękuję, nie musiałaś… - zakłopotałam się.
- Nie dziękuj. Zrobiła bym wszystko, byle tylko zobaczyć twój uśmiech, córciu. – uśmiechnęła się ciepło.
- Kocham cię. – po policzku pociekła mi łza. – Dziękuję za wszystko…
- O.. tylko mi się tu teraz nie rozklejaj. Głowa do góry i idź się nacieszyć prezentami, a ja muszę odpocząć po nocce w pracy. Za trzy godziny zaczynam pracę jako kelnerka na pół etatu w tej kawiarni za rogiem.
            Poszłam do pokoju i usiadłam na łóżku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Moja sypialnia była utrzymana w ciepłych kolorach. Ledwo widoczne ściany, cale pokryte plakatami z tygrysami były w kolorze pomarańczowym. Meble były wykonane z jasno brązowego drewna. Na półkach były poustawiane figurki tygrysów i hinduskich bogów. Nad biurkiem było trochę wolnego miejsca, wiec wstałam i przykleiłam obydwa plakaty.
            Ktoś zapukał do drzwi. Kto to mógł być? Moja mama i siostra nigdy nie pukały przed wejściem.
- Można? – wszędzie poznam ten jedwabisty głos.
- Hej, Eric. – odwróciłam się do niego. Stał tam. Opalony i nieziemsko przystojny, niedbale oparty o ścianę w moim pokoju. - Wszystko ok?
- Tak jasne. Tylko... Po co przyszedłeś?-zapytałam zdziwiona.
- Chciałem sprawdzić co u ciebie. - Moja brew powędrowała do góry - No dobra. Tak na prawdę to tęsknię. Kiedy cię poznałem nie mogłem przestać o tobie myśleć. Od czasu kiedy się całowaliśmy tylko ty chodzisz mi po głowie. I chyba chce więcej... Eh, to brzmi tak strasznie źle.
- No co prawda to prawda. - Zaśmiałam się - naprawdę tak myślisz?
- A po co miałbym kłamać?
- No nie wiem. Może żebym ci robiła prace domowe?
- Hej, to wcale nie jest śmieszne. - Powiedział – Ehh, no może trochę.
- Pamiętasz jak wtedy przed szkołą, po tym jak... no wiesz...
- Po tym jak się całowaliśmy.
- Mhm. Wtedy powiedziałeś do mnie coś w języku hindi.
-Skąd wiesz?
- Indie są moją pasją. Umiem kilka słów w hindi. Uczyłam się trochę przez internet.
- No nieźle. W Indiach mieliśmy pałac, ale trzeba było go sprzedać. Bardzo polubiłem ten kraj. Dosyć często tam bywam.
- Poczekaj, zmieniliśmy temat. Co to znaczy? - spojrzał na mnie nie rozumiejąc. - No co znaczy to co mi wtedy powiedziałeś? Co znaczy: Mera sundara. Maim tumhem kabhi nahim chorunga?
- Zapamiętałaś wszystko?
- Jak mogłabym zapomnieć? To powiesz mi w końcu co to znaczy? Wiem, że mera sundara to… moja piękna, ale reszta jest za trudna. – policzki mi płonęły.
            ON przysunął się do mnie bliżej.
- Moja piękna. Nigdy cię nie opuszczę. – i pocałował mnie. Czułam jego boskie perfumy. Zamknęłam oczy. Całował tak dobrze. Jego wargi były takie delikatne. Zatraciłam się w marzeniach. Moja ręka powędrowała na jego kark. W tym momencie ktoś złapał za klamkę. Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Alice. Zatrzymała się w pół kroku i zasłoniła ręką usta, powstrzymując chichot.
 - Mama mówi, że kolacja jest gotowa. Chce zjeść razem z nami zanim pójdzie do pracy.
- W takim razie ja już pójdę. – oznajmił zmieszany Eric.
- Nie, zostań. Będzie nam miło. Nie martwcie się. Nic nie powiem. – puściła do nas oczko. Ta to zawsze ma wyczucie czasu.
            ***

            - Wstawaj Lil! Spóźnisz się do szkoły! – zerwałam się z łóżka. Nagle zabrakło mi podłoża pod plecami i wylądowałam na ziemi. Otworzyłam oczy. Nade mną stał nie kto inny jak Thomas. Spojrzałam na kalendarz. No tak, była sobota, a ja podstępem dałam się wyciągnąć z łóżka.
- Zostaw mnie w spokoju. Jest sobota, ósma rano. O której ty wstajesz? - Próbowałam go wygonić z pokoju. - Ej, czekaj... Kto cię tu wogóle wpuścił? 
- Ciocia. Właśnie wychodziła do pracy. 
- Ile razy mam ci powtarzać żebyś nie nazywał mojej mamy ciocią. To irytujące. 
- Nieważne. Przyszedłem się pożegnać. 
- C-co? Ale jak to?
- No po prostu. Jutro jadę do Londynu. Na zawsze. Dostałem stypendium. Już nie jestem tu potrzebny. 
- Nie... Tommy, proszę zostań. 
- Przykro mi, decyzja podjęta. Za pół godziny mam pociąg. 
- Ale... Twoi rodzice cię potrzebują, przyjaciele... Thomas, ja cię potrzebuję. - Miałam łzy w oczach. Dlaczego to się tak musi skończyć? 
- Heh, najwyraźniej już mnie nie potrzebujesz. Myślałem, że jesteś inna. Że jesteś normalna. On robi z ciebie księżniczkę. Ja mam na to patrzeć? 
- Thomas... Zależy mi na tobie. - Tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz.
- Mi też zależało... Kiedyś. 
- Thomas, nie rób mi tego. 
- Już mnie nie potrzebujesz. Wybacz, prawda boli. Ja dostałem prawdą w twarz, ty dostałaś w palec. Zadzwoniłem po twojego księcia. Już powinien być. - Rozłożył ręce, spojrzał na mnie ostatni raz, odwrócił się i wyszedł. Tak po prostu. Już go nie było. Zanim zrozumiałam co się przed chwilą stało, usłyszałam ryk silnika i jego motor odjechał z naszego podjazdu. 

   Usłyszałam kroki na schodach. Do pokoju wszedł Eric. Podniósł mnie z podłogi i posadził na swoich kolanach. Płacząc wtuliłam się w jego tors i zasnęłam.